Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szlaki i bezdroża. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szlaki i bezdroża. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 czerwca 2026

Kętrzyn – stara synagoga, co strzeże wspomnień miasta

 Dziś, gdy staje się przed budynkiem przy Zjazdowej 9, trudno nie poczuć ścisku w gardle. Jest jakiś inny i od razu rzuca się w oczy. Jego ściany wyglądają na zmęczone, jakby każdy rok zostawił na nich swój ślad. Farba odchodzi płatami, tynk pęka, a dawna elegancja ukrywa się pod warstwą czasu. A jednak — w tym wszystkim jest coś niezwykle poruszającego. Bo ten budynek wciąż stoi i wciąż coś pamięta.



Stara Synagoga znajduje się przy ulicy Zjazdowej 9 


W 1853 roku wzniesiono tu synagogę. Miejsce, które dla wielu było jak drugi dom. W jej wnętrzu brzmiały modlitwy, śmiech dzieci, szeptane rozmowy. Dziś, patrząc na te trzy łukowe okna, można niemal zobaczyć twarze ludzi, którzy tu przychodzili, czytali i słuchali Bożego prawa co do powiedzenia ma Wszechwładny Bóg.  Zaś patrząc na drzwi — można wyobrazić sobie dłonie, które je otwierały. Patrząc na zniszczone mury — poczuć, jak wiele widziały.



W jej wnętrzu brzmiały głosy, które dziś istnieją już tylko w ciszy. Babiniec wsparty na dwóch filarach — jak ramiona, które chroniły kobiety i ich szeptane modlitwy. Małe okna w przedsionku — przez które wpadało światło, łagodnie dotykając twarzy tych, którzy wchodzili tu z nadzieją. Nisza po Torze — pusta, ale wciąż pełna obecności, jak serce, które pamięta każdy uderzony rytm, choć już nie bije.


Po 1916 roku budynek zmieniał właścicieli, zmieniał funkcje, ale nigdy nie przestał służyć ludziom. Jakby nie chciał pozwolić, by jego historia zakończyła się pustką.  Budynek przeszedł w ręce baptystów, później zielonoświątkowców. Każda wspólnota zostawiła tu coś swojego, ale fundament pozostał ten sam: to miejsce nadal służyło ludziom. Jakby nie chciało pozwolić, by jego historia zakończyła się samotnością.


Obecnie obiekt można oglądać jedynie z zewnątrz.  Natomiast wnętrze podczas spotkań kościoła Chrześcijan Wiary Ewangelicznej. 


Obecny wygląd synagogi i najbliższego otoczenia

A potem, w 2017 roku, pojawiła się tablica — skromna, ale pełna znaczenia. Ufundowana przez czterech dawnych mieszkańców Rastenburga. To nie był gest formalny. To był gest serca. Jakby ktoś po latach wrócił, dotknął tych starych murów i powiedział: „Nie zapomnieliśmy.” Dziś budynek wygląda inaczej niż kiedyś — bardziej krucho, bardziej cicho. Ale może właśnie dlatego jego historia porusza jeszcze mocniej.  

czwartek, 21 maja 2026

Silec – mazurska wieś, która ucichła, ale dalej żyje

Dzisiaj chciałem wam opowiedzieć o małej, niezwykłej mazurskiej wiosce, która ma swój urok i swoją historię. O miejscu nieco zapomnianym, do którego na ogół się nie wraca, bo czasy się zmieniły. 

Dzisiaj drogi poprowadzą ludzi gdzie indziej, a świat przyspieszył tak bardzo, że takie małe wsie znikają nam z oczu, zanim zdążymy je zauważyć. 

A jednak Silec wciąż tam jest — cichy, skromny, jakby schowany między jeziorem, polami a lasem. Nie woła, nie przyciąga neonami, nie obiecuje atrakcji. Ale jednak zachęca, aby nieco się zatrzymać, zejść z asfaltu i wejść w drogę prowadzącą ku wodzie albo skręcić w stronę starego ewangelickiego cmentarzyka, gdzie można poczuć, że to miejsce nadal oddycha swoją historią. Historią, która nie zniknęła — tylko ucichła.

Od rycerskiej osady do pruskiej wsi

Silec, dawniej Schülzen, powstał w XV wieku jako osada lokowana na prawie chełmińskim. Już w 1437 roku liczył 54 łany ziemi — jak na tamte czasy była to wieś duża, dobrze zorganizowana i ważna gospodarczo. Przez kolejne stulecia żyli tu Mazurzy — ludzie twardzi, pracowici, mówiący gwarą, wyznania ewangelickiego. To dlatego do dziś, w zaroślach niedaleko wsi, można znaleźć stary ewangelicki cmentarzyk. Zardzewiałe, kute krzyże, omszałe płyty, drzewa wyrastające wprost z grobów — to pomnik świata, który zniknął po 1945 roku. Każdy krzyż to czyjeś imię, czyjeś życie, czyjaś historia.

Czas rozkwitu – szkoła, majątki i codzienność

W XIX i na początku XX wieku Silec był wsią naprawdę dużą. Działały tu dwa majątki ziemskie, pola były uprawiane, a ludzie żyli z rolnictwa i pracy w folwarkach. W 1911 roku powstała szkoła — solidny, murowany budynek, który szybko stał się sercem wsi. Dzieci przychodziły tu pieszo z Podlasia, Siemkowa i Sileckiego Folwarku. W latach 20. i 30. Silec liczył ponad 350 mieszkańców. Wieś żyła pełnią życia.

1945 – granica epok

Po II wojnie światowej wszystko się zmieniło. Mazurzy i Niemcy zostali wysiedleni. Na ich miejsce przyjechali osadnicy z różnych stron Polski. Wieś zaczęła się od nowa, ale już nie była tą samą wsią.

Polska szkoła – i jej drugie życie

Po wojnie szkołę uruchomiono ponownie — tym razem jako polską. W latach 60. i 70. była to ośmioklasowa szkoła, jedna z najważniejszych instytucji w okolicy. Ale gdy młodzi zaczęli wyjeżdżać, a liczba uczniów malała, szkoła powoli traciła sens istnienia. Zanim jednak zamknięto ją na dobre, przeżyła jeszcze swój ostatni, wakacyjny rozdział.

 Kolonie letnie – ostatni gwar dawnego Silca

W latach 70. i 80. XX wieku w budynku szkoły organizowano kolonie letnie. Przyjeżdżały tu dzieci z całej Polski — z miast, zakładów pracy, organizacji młodzieżowych.

A jezioro było ich rajem.

Bezpośredni dostęp do otwartej wody gwarantował udany wypoczynek: kąpiele, łódki, kajaki, pierwsze lekcje pływania, wieczorne ogniska i śpiewanie nad brzegiem do wieczora. To były ostatnie lata, kiedy stara szkoła naprawdę żyła — śmiechem, hałasem i mokrymi ręcznikami suszącymi się na płocie.

 Nowe życie starej szkoły – Willa Maksymilian

Gdy wieś się wyludniła, dzieci było coraz mniej, a  kolonie przestały być organizowane, budynek zaczął pustoszeć. Gmina Srokowo sprzedała go, a nowy właściciel zrobił coś, co dziś wydaje się oczywiste — uratował go. Dawna szkoła została przebudowana i przekształcona w Willę Maksymilian — miejsce, które oferuje noclegi z wyżywieniem i przyciąga turystów szukających ciszy i mazurskiego klimatu. Dziś przy Willi stoi długie, solidne molo, z którego można zejść do wody, popływać, albo — jak dawniej — przycumować łódkę czy kajak.  

I tak kończy się ta opowieść o Silcu — wsi, która ucichła, ale nie zniknęła. Mój własny rozdział dopiero się zacznie. Spędzę kilka dni w Willi Maksymilian, tuż nad wodą, w miejscu, gdzie dawniej brzmiał szkolny dzwonek, a dziś słychać tylko fale i wiatr w trzcinach oraz śpiew trzciniaków.    

A resztę Wam opowiem, kiedy wrócę. Pokażę zdjęcia, kadry, światło, które trudno opisać słowami. Bo Silec to nie tylko historia — to miejsce, które najlepiej mówi obrazem.......... 


poniedziałek, 23 lutego 2026

Korczew - miejsce na granicy dwóch światów

 Niby Mazowieckie a nie Mazowsze. Nie Podlaskie a jakby Podlasie. Taki jest piękny zakątek położony na zachodnim zakolu Bugu. Kiedy zbliżasz się do Korczewa, droga zaczyna prowadzić przez krajobraz, który wygląda jakby od dawna wiedział, że nie musi nikomu nic udowadniać. Dolina Bugu rozlewa się szeroko, a nad nią, na lekkim wyniesieniu, leży wieś, która od wieków była sercem okolicznych dóbr ziemskich. Dziś jest spokojna, ale wciąż nosi w sobie ślady dawnych czasów.

Stan pałacu z 2020 r. 

Wchodząc na teren dawnego założenia pałacowego, od razu czujesz, że to nie jest zwykły park. To przestrzeń, która powstała po to, by opowiadać historię — nie słowami, lecz drzewami, ścieżkami i ciszą. Ale zanim ruszysz dalej, warto wiedzieć jedno: sam pałac, choć wciąż majestatyczny, jest obecnie niedostępny. W 2021 roku strawił go poważny pożar. Dach runął, wnętrza ucierpiały, a prace zabezpieczające trwają. Mimo to budowla nadal dominuje nad okolicą — jak milczący strażnik, który przetrwał więcej, niż można by przypuszczać. I może właśnie dlatego jego widok robi dziś jeszcze większe wrażenie.

Pałac, który wciąż żyje w opowieściach


Stan pałacu na przełomie lat 80/90-tych XX w. 

Choć nie wejdziesz do środka, historia pałacu jest tak bogata, że niemal sama się opowiada. W XVIII wieku wzniósł go Wiktoryn Kuczyński, a projekt stworzył Koncenio Boni — architekt, który pracował również dla Radziwiłłów. W XIX wieku rezydencja zyskała neogotycki charakter dzięki Franciszkowi Jaszczołdowi, jednemu z najciekawszych architektów epoki romantyzmu. To ten sam, który zaprojektował również pałac w Patrykozach, zwany jako ,,Perła Podlasia"


Patrykozy - bryła pałacu, widok od strony zachodniej


Patrykozy - lata 80-te XX w.

Wracając do Korczewa, to tutaj bywał Cyprian Norwid, który pisał listy do Joanny Kuczyńskiej i dedykował jej wiersz „Do Pani na Korczewie”. To tutaj narodziła się legenda o Białej Damie, która podobno wciąż przechadza się po korytarzach — nawet jeśli dziś są one puste i czekają na odnowienie. Pałac jest niedostępny ale jego historia wciąż jest obecna. Wystarczy spojrzeć na fasadę, by poczuć, że to miejsce nie powiedziało jeszcze ostatniego słowa.


Portyk pałacu sprzed remontu

Park, który prowadzi jak opowieść

Gdy ruszysz alejką w głąb parku, zobaczysz, jak starannie został zaplanowany. Jaszczołd stworzył go w stylu angielskim — tak, by wyglądał naturalnie, choć każdy zakręt jest przemyślany.

W parku znajdziesz:

  • menhir — pradawny kamienny głaz, który pamięta czasy pogańskich kultów,

  • studzienkę św. Jana — białą, drewnianą, neogotycką, jak z ilustracji do baśni,

  • pozostałości dawnej oranżerii, później kaplicy,

  • aleję grabową, która prowadzi jak korytarz między epokami,

  • miejsca widokowe na Bug, gdzie krajobraz otwiera się szeroko i spokojnie.

To park, który nie narzuca się formą. On po prostu jest — i pozwala ci być razem z nim.


Fronton pałacu sprzed pożaru 

Pałacyk Syberia — mały cud, który przetrwał

A teraz skręć w boczną ścieżkę. Po chwili zobaczysz pałacyk Syberia — niewielki, neogotycki, pełen uroku. To jedna z najpiękniej odrestaurowanych części całego założenia. Syberia powstała na początku XIX wieku jako letnia rezydencja. Według lokalnych podań stoi na fundamentach starszej budowli. Dziś, po remoncie, wygląda tak, jakby czas się dla niej zatrzymał — lekka, romantyczna, idealna do zdjęć, spacerów i chwil wytchnienia. To miejsce, które pokazuje, jak pięknie może wyglądać odnowiona historia.

Dlaczego warto tu przyjechać?

Bo Korczew to nie tylko zabytki. To atmosfera. To przestrzeń, która pozwala zwolnić. To historia, która nie została zamknięta w muzealnej gablocie, tylko wciąż żyje — w parku, w Syberii, w opowieściach mieszkańców.

A pałac? Choć dziś niedostępny, nadal jest sercem tego miejsca. I może właśnie dlatego Korczew tak porusza — bo widzisz, jak przeszłość i teraźniejszość próbują tu znaleźć wspólny język.

Kolejną atrakcją jest kursujący katamaran po rzece Bug, który łączy oba brzegi rzeki i pozostawia niezapomniane wspomnienia oraz daje możliwość poznania historycznego miasta jakim jest Drohiczyn, położonym już w woj. Podlaskim. Tuż obok Korczewa istnieje wieża widokowa, z której rozpościerają rozległe widoki.




czwartek, 12 lutego 2026

Primošten - Szept fal pod wieczornym niebem

 Trudno opisać słowami uczucia, gdy fala unosi się wysoko, jakby chciała dotknąć ostatnich promieni słońca, które miękko opadają na skały u wybrzeża Primoštenu. Powietrze pachnie solą i winem, a ciepły wieczorny wiatr niesie ze sobą coś jeszcze — delikatne drżenie, które pojawia się tylko wtedy, gdy świat staje się bardziej zmysłowy niż zwykle.





Woda rozpryskuje się w złotych iskrach, jakby morze chciało musnąć skórę światłem. Każda kropla jest jak dotyk, krótki i ulotny, ale pozostawiający ślad. A nad tym wszystkim miasteczko trwa w swojej cichej magii: kamienne domy ogrzane słońcem, wąskie uliczki, które pamiętają kroki zakochanych, i latarnie, które tworzą nastrój do miłości. Szcególnie urocze są wieczory pełne kawiarnianego gwaru.

























W tej chwili Primošten oddycha razem z falami. I choć to tylko moment — jedno uderzenie wody, jeden błysk światła — ma w sobie coś, co zostaje pod skórą. Jak spojrzenie, które trwa odrobinę dłużej, niż powinno. Jak szept, który nie potrzebuje słów, by zostać zapamiętanym.


wtorek, 3 lutego 2026

Miechowice Szyb Zachodni, który milczy

Felieton o Zachodnim, ostatnim strażniku dawnej kopalni. 

Są w Miechowicach miejsca, które nie potrzebują tabliczek, by mówić. Wystarczy stanąć obok nich na chwilę, a człowiek od razu wie, że stoi przy czymś ważnym. Tak jest z Szybem Zachodnim — samotnym, ceglastym świadkiem epoki, która odeszła szybciej, niż ktokolwiek zdążył się z nią pożegnać.




Dziś wygląda jak opuszczona stacja kolejowa na końcu świata. Drzewa podchodzą pod same mury, wiatr hula po pustych oknach, a cegła — ta sama, która sto lat temu błyszczała dumą pruskiego przemysłu — kruszeje powoli, jakby wstydziła się swojej własnej trwałości. A przecież kiedyś to miejsce tętniło życiem. Tu zaczynały się zmiany, tu kończyły się szychty, tu górnicy łapali oddech, zanim zjechali w dół, tam gdzie światło nie docierało.





Szyb Zachodni powstał w czasach, gdy Miechowice były młode, ambitne i pełne wiary w przyszłość. Gdy kopalnia Preussengrube rosła jak na drożdżach, a każdy nowy budynek był obietnicą dobrobytu. Zachodni miał być jednym z tych „cichych bohaterów” — nie błyszczał jak główne szyby, nie woził węgla na powierzchnię, ale bez niego kopalnia nie mogłaby oddychać. Dosłownie. To on przewietrzał podziemia, to on dbał o bezpieczeństwo, to on trzymał w ryzach żywioł, który potrafił być kapryśny.



Rok 1954 - na zdjęciu grupa uczniów przyzakładowej szkoły górniczej KWK Miechowice, a w tle wieża szybu Zachodniego

A potem przyszły lata 70. i ktoś w gabinecie postawił kreskę. „Likwidacja”. Jedno słowo, które potrafi zamknąć całe pokolenia wspomnień. Szyb zasypano, urządzenia wyciągowe ucichły, a budynki zostawiono samym sobie. Jakby nikt nie miał odwagi ich zburzyć, ale też nikt nie miał serca o nie zadbać.

Budynek byłej cechowni i maszyny wyciągowej


Budynek nadszybia

Dziś Zachodni stoi jak wyrzut sumienia. Jak pytanie, na które nikt nie chce odpowiedzieć: co robimy z naszym dziedzictwem? Bo przecież to nie jest tylko kupa cegieł. To jest opowieść o ludziach, którzy budowali Miechowice. O górnikach, którzy schodzili pod ziemię, o rodzinach, które czekały na nich przy kuchennych stołach, o całej dzielnicy, która rosła wokół kopalnianych kominów.



Kiedy przechodzę obok Zachodniego, mam wrażenie, że on wciąż czeka. Nie na rewitalizację, nie na inwestora, nie na wielkie plany. On czeka na pamięć. Na to, żeby ktoś powiedział: „Byłeś ważny”. Bo był. I może właśnie w tym tkwi jego siła — w tej cichej, nieśpiesznej obecności. W tym, że nie krzyczy, nie domaga się uwagi, tylko trwa. Jak strażnik, który nie opuści posterunku, choć dawno już nie ma kogo pilnować.

Może kiedyś znów stanie się miejscem spotkań, spacerów, opowieści. A może pozostanie ruiną, która pięknieje tylko w oczach tych, którzy wiedzą, co tu kiedyś było. Tak czy inaczej — Szyb Zachodni już zapisał się w historii. Teraz pytanie brzmi: Czy stanie się ruiną, czy powróci dawnej świetności ......

Polecam inny post na temat Szybu Zachodniego: Bytom - Szyb Zachodni KWK Miechowice

czwartek, 27 listopada 2025

Bytom - willa ul. Wrocławska 6/6a

 Budowla widoczna na zdjęciu  zlokalizowana jest przy ulicy Wrocławskiej 6 w Bytomiu tuż obok byłego cmentarza ewangelickiego, a dzisiejszego parku, który służ głownie jako spacerniak dla psów. ,,Willa  w ogrodzie" została zbudowana w stylu modernistycznym i oddana do użytku w 1914 r. 


Willa Danielsena wieczorową porą 

Zgodnie z założeniem budynek ów został wybudowany na początku XX w.  na potrzeby rodziny Danielsena, który był znanym lekarzem. I ponoć w tym samym budynku mieściła się jego prywatna klinika chirurgiczna. Po II wojnie światowej budynek przestał być własnością prywatną i działały różne instytucje.  Budynek obecnie podzielony jest na dwie niezależne funkcjonujące części. Od strony południowej był tu klasztor Córek Bożej Miłości.  Natomiast część północna jest po częściowym remoncie i od kilku czeka na nowego najemcę lub gospodarza. 

sobota, 15 listopada 2025

Piekaroki – wspomnienie chleba, co pachniał domem

 Od XIX stulecia wolnostojące piece chlebowe były nieodzowne do życia, dzisiaj niestety są odchodzącym  elementem i niemymi świadkami bytności śląskich rodzin. Piece chlebowe zaś były integralną częścią większych lub mniejszych skupisk ludzi w śląskim krajobrazie - osiedli mieszkaniowych i kolonii robotniczych na Górnym Śląsku, ale także wsi i osad leśnych.  Piece takie  -  zwane „piekarniokami”, lub ,,piekarokami" służyły  mieszkańcom do wypieku chleba i ciast aż do końca II wojny światowej. W latach 50-tych w ze względu na zmiany polityczne i gospodarcze, zaczęły się tracić ze śląskiego krajobrazu, pozbawione opieki i ochrony. Łatwiej i wygodniej można było kupić chleb w sklepie z giganta lub prywatnej piekarni. 


Piec chlebowy w Bruśku 

Niektórzy powiadają, że te stare piekaroki, przypominające chlywiki trzeba wyburzyć i najlepiej zapomnieć, że istniał inny świat. Obecnie chleb można kupić z   autoklawu w markecie jeszcze ciepły, ale pozbawiony serca i klimatu, jaki wkładał w przygotowanie i upieczenie chleba piekarz. Poza tym piekarok gromadził ludzi jak ognisko. 



Budynek Leśniczówki wraz z zabudowaniami mieszkalnymi i gospodarczymi zbudowano w XIX wieku przez Donnersmarcków dla pracowników wykonujących prace na potrzeby gospodarki leśnej. Dla ich potrzeb obok leśniczówki wybudowano z cegły piec chlebowy.

Piekarok był miejscem, gdzie pachniało wspólnotą. To tutaj zaczynał się dzień, tutaj rodziła się rozmowa, tutaj chleb łączył ludzi. Bez piekaroka trudno byłoby wyobrazić sobie życie śląskiej ulicy lub wsi – tak jak bez kopalni czy familoka. 

Pierwotnie osada leśna zbudowana była z kilku  domów na potrzeby robotników leśnych oraz zabudowania gospodarcze.  

Kiedy piekarz wyciągał z pieca pierwsze bochny, w piekaroku rozlegał się trzask skórki pękającej od gorąca. Ludzie brali chleb do rąk z nabożnym szacunkiem – bo wiedzieli, że to nie tylko jedzenie, ale symbol życia i dostatku. W domu krojono go ostrożnie i z szacunkiem. 


Obecny budynek leśniczówki , natomiast pieca chlebowego juz nie ma, gdyż został rozebrany i przeniesiono go jako eksponat dla .potomnych do Żyglina.  Po rewitalizacji ustawiono go przy ulicy Śląskiej 44. Stworzyło to nowe możliwości organizacji imprez kulturalnych z jego udziałem, zagwarantowało jego pełną dostępność dla mieszkańców i turystów. 


W piekaroku żar się tli,  

chleb dojrzowo w ciepłej chwili.  

Zapach niesie się po familokach,  

łączy ludzi w śląskich blokach.  


Kromka chleba – dar codzienny,  

wspólny stół, świat tak przyjemny.  

Tu sąsiad z sąsiadem się wita,  

tu życie wspólnotą się splata.  


Chleb na zakwasie, skórka chrupiąco,  

dzieci śmieją się, matki nucą.  

Piekarok – serce dzielnicy całej,  

aby ludzie razem siły miały.  


Bo na Śląsku każdy wie,  

że chleb jednoczy – w nim jest siła. 

Nie ma biedy, nie ma troski,  

gdy kromka dzielono – świat był swojski.  

Ten wiersz pokazuje, że piekarok był sercem wspólnoty, a chleb – symbolem jedności i codziennego życia oraz gościnności. 


Piekarok rudzki przy ul. Bujoczka w czasie renowacji w 2013 r. 


Archiwalne zdjęcie - Piekarok w Rudzie ul. Bujoczka [zdjęcie z tablicy informacyjne]

Piekaroki  mają swoją historię i były nieodzownym elementem wielu śląskich miast i wsi. Jeden z nich, pochodzący z początku XX w wieku, znajdują się w Rudzie Śląskiej. Na szczęście został odrestaurowany i przywrócono go do  pierwotnej funkcji. W tej chwili pełni rolę ważnego obiektu promującego i upowszechniającego śląskie dziedzictwo materialne i niematerialne, atrakcji turystycznej oraz miejsca organizacji różnorodnych miejskich wydarzeń kulturalnych



Piekarok - Ewald Gawlik [zdjęcie pochodzi ze strony www.giszowiec.info]

Tożsamość Śląska i Ślązaków uwidaczniała się również  w traktowaniu tychże  piekaroków i to  nie tylko jako  miejsca konkretnej pracy, ale także okazji do spotkań towarzyskich mieszkańców, zwłaszcza kobiet, które gromadząc się przy nich, wymieniały się między sobą rozmaitymi informacjami, klachały (plotkowały), dzieliły się swoimi radościami i smutkami, a zaś przy nich następowało celebrowanie codzienności. Atmosferę „piekarokowego” mikrokosmosu uwiecznił na obrazie górnośląski malarz Ewald Gawlik, członek znanej Grupy Janowskiej (zrzeszającej artystów nieprofesjonalistów)  działającej  przy  kopalni  „Wieczorek”  w Janowie. Piece chlebowe były elementem składowym  lokalnych społeczności robotniczych i stanowiły „kulturowe centra” funkcjonujące dzięki bezpośrednim kontaktom ludzi. 


Polecam także: Śląski Piekarok oraz Leśniczówka Szyndros