poniedziałek, 29 lipca 2013

Mieroszyno - dwór Hannemannów

 Mieroszyno to wieś o charakterze rolniczym, która obecnie bardziej  zmienia się w miejscowość letniskową. Położona jest 3km. na południe od Jastrzębiej Góry oraz 3 km. od Chłapowa. Przynależy do gm. Puck i powiatu puckiego. 






Pokaż Mieroszyno zamek na większej mapie  

Jadąc w kierunku Jastrzębiej Góry  od strony  Pucka w Mieroszynie ok 300 m. za sklepem po lewej stronie  dochodzi boczna droga  (ul.  Szkolna), na której usytuowany był dwór należący do rodziny Hannemannów.

O tym konkretnym rodzie i ich rezydencji w Mieroszynie, zachowało się niewiele informacji.  Nie ma nawet wzmianek w lokalnych archiwach. Niemniej ród Hannemannów był potężny i silnie związany z Ziemią Kaszubską od setek lat.

Historia:

Historia Hannemannów zaczyna się bowiem w kaszubskiej wsi Karwenbruch, która dziś nazywa się Karwieńskie Błota (Kaszubi określają te tereny Holadrami). Wieś założył w 1599 roku starosta pucki Jan Wejher, osiedlając tam osadników "olęderskich". Sprowadzono ich do osuszania właśnie owych błot okalających Karwię. Król Zygmunt III zagwarantował osadnikom wolność wyznania i dał zgodę na posiadanie własnych szkół.

Toteż gdy tylko przyjechali do Karwenbruch, postawili dwa budynki. W jednym mieściła się sala modlitwy, w drugim szkoła.

Jednym z "Olędrów" był Martin HanMan. Jego nazwisko pojawiło się w wiejskich księgach w 1606 roku. Nie będziemy opisywać całego drzewa genealogicznego Hannemannów ani ciężkich pionierskich czasów, gdy pracowici i religijni Hannemannowie zamieniali kawałek po kawałku Karwieńskie Błota w pola uprawne.
  "Pan Bóg błogosławił im w dzieciach", a że zgodnie z tradycją majątek po ojcu dziedziczył najstarszy syn, pozostali musieli szukać swojego miejsca do życia gdzie indziej.  Przejdziemy zatem do żyjącego w XVIII wieku Johanna Mathiasa Franza Hannemanna. Kupił on majątek Bruenshausen (Mieroszyno) i postawił tam spory schloss, który stał się rodzinnym gniazdem tej linii Hannemannów.  Ożenił się z Albertiną Hasse i miał z nią pięciu synów i dwie córki, i tak dochodzimy do Theodora Hannemanna, ojca Willy'ego, który się osiedlił w Gdańsku i zajął się handlem drewnem.   Niestety jak donoszą niektóre źródła w 1945 wszyscy Hannemannowie opuścili Polskę i wyjechali na zachód.  Natomiast dwór i cały majątek w Mieroszynie zostaje upaństwowiony i przechodzi w ręce PGR - u, który tu gospodaruje aż do reformy samorządowej. PGR-y tracą racje bytu, a gminy wchodzą w posiadanie majątku stanowiącego własność skarbu państwa. Ogłoszono przetarg na zbycie całego majątku. Bez efektu.  Niestety na popadający w coraz większą ruinę pałac, który również nazywany jest zamkiem nie ma chętnych. Obiekty uznawane za zabytkowe, obwarowane pewnymi przepisami prawnymi odstręczały potencjalnych nabywców. Na nieszczęście latem 2006 r. w niewyjaśnionych dotąd okolicznościach  cały pałac uległ zniszczeniu w wyniku pożaru i pozostały tylko mury.  Po jakimś czasie jednak znalazł się nowy nabywca, który kupił całą polać ziemi, od samej drogi po cały plac folwarczny łącznie z ruinami, które są w tej chwili sukcesywnie odbudowywane.  

Droga prowadząca (ul. Szkolna) od szosy w kierunku zespołu  folwarcznego. Brama się otwiera i zamyka automatycznie.


 Po prawej stronie oryginalny mur, który ocalał. Został wkomponowany w ogrodzenie stalowe, które otacza całą posiadłość.



Na wprost świetnie zagospodarowany budynek gospodarczy, stanowiący zaplecze dla firmy budowlanej, która odtwarza pałac.
 

Z obrysu fundamentów można wysnuć wniosek, że będzie to okazała budowla.

Zdjęcie przedstawia pozostałości pałacu powstałego na początku XX wieku.
Wybudowany tu obiekt zbudowany na XVIII-wiecznym założeniu dworsko-folwarcznym, uległ zniszczeniu w wyniku pożaru latem 2006 roku. Był własnością Skarbu Państwa, obecnie jest w posiadaniu prywatnych właścicieli. Prace postępują dosyć sprawnie. :)




Widok od strony zachodniej.



Pomimo, że główny dojazd jest od ul. Szkolnej, do posiadłości prowadzi kilka bram.
 

Zespól dworsko-folwarczny nosił adres : ul. Zamkowa 12. W tle pozostałości starego parki i stawów na południe od pałacu.



Przy jednej z bram od strony ul. Starowiejskiej stoi stara nieużywana już remiza strażacka. Na zwieńczeniu dachu wieżyczka na kórej  zamontowana była syrena.



Na szczęście przy drodze na Kaczyniec, po prawej stronie na wyższej kępie obrośniętej sędziwymi drzewami w stanie nienaruszonym pozostało mauzoleum rodziny Hannemannów.    Od strony południowej 

   
 Niestety bardzo zaniedbane i zarośnięte. :( A mogło by stanowić nie lada atrakcją turystyczną. Wszak to Olędrzy. 
  Widok od strony północnej, obok przebiega znakowana ścieżka rowerowa. Niestety żadnych informacji nie ma. :(   Dojście od niebieskiej  drogi rowerowej, prowadzącej z Jastrzębiej Góry do Starzyńskiego Dworu.   Widok ze wzgórza   mauzoleum w kierunku Czarnego Młyna.    Zatem do Mieroszyna naprawdę warto się wybrać.  Zapewne za rok będzie tu już nowy zamek, tylko że zarządzał nim będzie inny właściciel. Jest tu tęż sporo rodzimej, kaszubskiej zabudowy oraz ciekawe i malownicze krajobrazy, ale o tym może innym razem utworze post. Tymczasem warto zapoznać się z historią pewnych ludzi, którzy niewątpliwie zmienili część obecnej Polski zwanej Kaszubami.   Zapraszam także do innego, pokrewnego tematu poniżej: Bałtyckie wspomnienia - Karwieńskie Błota  19.08.2001 na łamach polskatimes.pl ukazał się ciekawy artykuł, który opisuje dzieje rodziny Hannemann





W Wolnym Mieście Gdańsku naprawdę mieszkał Hannemann! Czym się różnił (oprócz dodatkowej litery "n" w nazwisku) od bohatera powieści Stefana Chwina? O Walterze i Willym Hannemannach opowiada Barbara Szczepuła
A więc siedzi przede mną Hannemann. Walter Hanne-mann. Urodzony w Zoppot w 1926 roku. Wysoki, szczupły, siwy pan w okularach. Nie jest jak powieściowy Hennemann lekarzem. To biznesmen jak jego ojciec Willy.

Willy'ego, syna Teodora i Emilie Hannemannów, wychowała ciotka, siostra matki. Herr Schönlein, mąż ciotki, był bogatym człowiekiem. Majątku dorobił się na handlu drewnem. Do pełni szczęścia brakowało jednak Schönleinom potomka, któremu mogliby zostawić fortunę. Gdy stało się jasne, że dziecka mieć nie będą, Frau Schönlein ustaliła z siostrą i szwagrem, że wezmą do siebie Willy'ego. Hannemannowie mieli sześcioro dzieci, więc się zgodzili, że jeden z synów będzie się wychowywał u Schönleinów.
  Było to w 1886 roku, chłopiec miał 10 lat. Warunek był tylko jeden: Willy nie zmieni nazwiska.

Mały Hannemann pojechał więc do Archangielska, bowiem Archangielsk był wtedy największym ośrodkiem przemysłu i eksportu drewna w imperium rosyjskim i tam właśnie wuj robił interesy. Zimą, gdy zamarzała szeroka jak Morze Białe Dźwina, rodzina przenosiła się do Petersburga, gdzie Willy z czasem zaczął studia uniwersyteckie. Studiował oczywiście ekonomię. Jeździł z wujem w interesach po Europie, nawiązywał kontakty, bo kiedyś przecież miał przejąć firmę.

Ktoś doniósł, że w salonie mieszkania Hannemanna wisi wielki olej zatytułowany »Trojka«. Konie pędzą, a kto powozi? Żyd! Z pejsami! I takie paskudztwo trzyma Hannemann w swoim domu

Często bywali w Londynie i tam właśnie młody Willy wziął ślub. Jego wybranka była Ukrainką z Kijowa. Mało o niej wiemy, bo działo się to w zamierzchłych czasach i żadne zdjęcia ani dokumenty nie przetrwały. Żona urodziła Willy'emu Hannemannowi dwoje dzieci i wiele wskazywało na to, że będą żyli w dobrobycie długo i szczęśliwie, krążąc owinięci w kosztowne futra między Archangielskiem, Petersburgiem i Londynem.

Wkrótce jednak rozległa się salwa z "Aurory" i gdy Willy Hannemann wrócił, jak tylko mógł najszybciej, z podróży służbowej w domu nad brzegiem Dźwiny, zobaczył splądrowane mieszkanie i zmasakrowane ciała dzieci oraz ich matki "burżujki". "Bodajby przepadł dzień, w którym się urodziłem" - mógł jak Hiob wykrzyknąć Willy Hannemann, bo cios był rzeczywiście straszny. Nie było jednak czasu na rozpacz, rewolucja dalej zbierała swoje żniwo, musiał uciekać. Nie był już szanowanym biznesmenem, ale ściganym burżujem. Cudem dotarł do wojsk admirała Kołczaka i dzięki ich ochronie przedostał się do Harbinu, potem dalej do Szanghaju i wreszcie, wykorzystując swój pruski paszport i zapewne pieniądze, dotarł do Hamburga.

Znowu zajął się handlem drewnem. Handlował przede wszystkim z Łotwą i Estonią. Szło mu dobrze, miał nazwisko, kontakty i doświadczenie.
W berlińskiej operze zobaczył o 16 lat młodszą śliczną Annę Görtz, rodem z Nadrenii. Ślub odbył się na Wielkanoc 1919 roku. Anna opowiadała potem swoim dzieciom, że ich ojciec czasem zasypiał w operze, którą ona uwielbiała, no, ale na szczęście akurat wtedy, gdy ją zobaczył, miał oczy szeroko otwarte.
Hannemann przeniósł firmę do Danzig. Kupił posiadłość w Zoppot, a konkretnie w Steinfliess (Kamienny Potok), i zamieszkał tam z nową żoną. Anna urodziła troje dzieci: Alberta, Waltera i Ewę.
Prócz śmierci - wszystko się Naprawia -
Dynastia - znajdzie Następcę -
System - osadza się w Łożysku -
W Gruz upadają - Fortece -
Kolejna Wiosna dziury w Życiu -
Zaszywa barwnym Ściegiem

- jak pisze poetka Emily Dickinson. 
 
Dlaczego Hannemann wybrał Gdańsk? Wrócił do Heimatu. Bo tu właśnie mieszkał jego ojciec Theodor, tu, na cmentarzu należącym do kościoła Świętej Barbary, pochował jeszcze przed bolszewicką rewolucją swoich przybranych rodziców. Zaś nieopodal były Kaszuby, gdzie Hannemannowie żyli od 400 lat.

Historia Hannemannów zaczyna się bowiem w kaszubskiej wsi Karwenbruch, która dziś nazywa się Karwieńskie Błota (Kaszubi określają te tereny Holadrami). Wieś założył w 1599 roku starosta pucki Jan Wejher, osiedlając tam osadników "olęderskich". Sprowadzono ich do osuszania właśnie owych błot okalających Karwię. Król Zygmunt III zagwarantował osadnikom wolność wyznania i dał zgodę na posiadanie własnych szkół.
 
Toteż gdy tylko przyjechali do Karwenbruch, postawili dwa budynki. W jednym mieściła się sala modlitwy, w drugim szkoła.

Jednym z "Olędrów" był Martin HanMan. Jego nazwisko pojawiło się w wiejskich księgach w 1606 roku. Nie będziemy opisywać całego drzewa genealogicznego Hannemannów ani ciężkich pionierskich czasów, gdy pracowici i religijni Hannemannowie zamieniali kawałek po kawałku Karwieńskie Błota w pola uprawne. "Pan Bóg błogosławił im w dzieciach", a że zgodnie z tradycją majątek po ojcu dziedziczył najstarszy syn, pozostali musieli szukać swojego miejsca do życia gdzie indziej. Przejdziemy zatem do żyjącego w XVIII wieku Johanna Mathiasa Franza Hannemanna. Kupił on majątek Bruenshausen (Mieroszyno) i postawił tam spory schloss, który stał się rodzinnym gniazdem tej linii Hannemannów. Ożenił się z Albertiną Hasse i miał z nią pięciu synów i dwie córki, i tak dochodzimy do Theodora Hannemanna, ojca Willy'ego, który się osiedlił w Gdańsku i zajął się handlem drewnem.

***
A więc siedzi przede mną Hannemann. Walter Hannemann, syn Willy'ego. Opowiada o ojcu.
Ostatnie mieszkanie rodziców znajdowało się przy Sankt Michaels Weg (Traugutta) w Langfuhr. Rodzina zajmowała całe piętro kamienicy. Pięć pokoi elegancko urządzonych, mahoniowe meble, lustra w złotych ramach, kaszubska służąca czyści stołowe srebro, mama ustala obiadowe menu… Szuka kompromisu, bo mąż lubi jedzenie tłuste i ciężkie, przepada za daniami kaszubskimi i rosyjskimi. Lubi zwłaszcza pieczeń wieprzową z kapustą, pierogi, bliny gęstą śmietaną i masełkiem polane, barszcz, a szczególnie königsbergskie klopsy. A ona, wychowana pod granicą francuską, przywykła do lekkiej, finezyjnej kuchni. Podporządkuje się oczywiście gustom męża, ale stanowczo tępi żurek i nigdy ta dziwna zupa nie pojawia się na stole.

Gosposia musi być Kaszubką, zawsze z Karwieńskich Błot, bo tylko taka dziewczyna umie, zdaniem Willy'ego Hannemanna, gotować, jak należy. - Ucz chłopca po polsku - zachęcał Kaszubkę pracodawca, ale nic z tego nie wyszło, bo Walterowi ten szeleszczący język wydawał się zbyt trudny.
Codziennie rano pod dom podjeżdża mercedes, kierowca otwiera drzwiczki, Herr Hannemann, ubrany w ciemny garnitur, zajmuje miejsce na tylnym siedzeniu. Wysoki, postawny, miał rude włosy i starannie przystrzyżone rude wąsy. Niebieskie oczy patrzyły surowo. - Nigdy nie wierz ludziom, którzy nie patrzą w oczy. To znaczy, że coś ukrywają - powtarzał.

Dziś Walter Hannemann stoi przed tą kamienicą przy ulicy Traugutta. Obskurna, odrapana, w ich mieszkaniu do niedawna żyło siedem rodzin, obecnie - trzy. Podwórko, ocienione niegdyś gałęziami kasztana, przedstawia obraz nędzy i rozpaczy. Cała ulica zaniedbana, zapomniana przez Boga i ludzi, część domów już opuszczonych, przeznaczonych do wyburzenia. A wtedy była uważana za dobre miejsce do mieszkania. Centrum miasta, ale dużo zieleni, cmentarze i park ciągnęły się nieopodal, sięgając aż do morenowych wzgórz. Ulica łączyła Technische Hochschule ze szpitalem przy Delbruck Allee (Dębinki). I tu właśnie pojawia się nam powieściowy Hanneman który - jak czytamy w książce Chwina - pracował w instytucie anatomii tegoż szpitala. Nieopodal mieszkania Willy'ego Hannemanna. 
 
Walter Hannemann nie myśli jednak teraz o powieściowym Hannemanie, choć go zna, bo czytał powieść po angielsku, "Śmierć w Gdańsku" - taki miała tytuł, ale wchodzi na klatkę schodową kamienicy i zamyka oczy. Nie, nie płacze, ale jest przekonany, że mama by się rozpłakała. Pani, która została przesiedlona z Grodna, wpuszcza go do środka i pozwala się rozejrzeć. Rozumie, że chce zobaczyć swoje mieszkanie, sama też jeździ na Białoruś, by obejrzeć dom rodziców. Zna tęsknotę za Heimatem.

Hannemann stoi więc i wydaje mu się, że widzi ojca wracającego z firmy. Służąca otwiera drzwi (nadal są te same, ale w jakim stanie!), papa wiesza w przedpokoju płaszcz i kapelusz i idzie do mamy, by ją pocałował.
 
Robił tak każdego dnia. Mama przerywa śpiew, bo często śpiewała arie operowe, i mówi: no to chodźmy przekonać się, co ta dziewczyna ugotowała.
Walterem ojciec mało się interesował, chłopiec czasem myślał nawet, że ojciec w ogóle go nie dostrzega, że zupełnie go nie obchodzi. Liczył się przede wszystkim najstarszy syn Albert. Spadkobierca, dziedzic majątku, tak to już było w rodzinie Hannemannów.

***

Ojciec był konserwatystą, co się zresztą stało przyczyną jego kłopotów, gdy Hitler doszedł do władzy. W swoim biurze miał nad biurkiem portret księcia Ottona von Bismarcka, a nie Führera (ojciec nie uzewnętrzniał uczuć, ale gdy Hitler doszedł do władzy, był załamany). Któregoś dnia wpadł jakiś ważniak z NSDAP i zdumiał się, co tu robi Bismarck. Ktoś inny doniósł, że w salonie mieszkania Hannemanna przy ulicy Traugutta wisi wielki olej zatytułowany "Trojka". Konie pędzą przez płaski krajobraz, a kto powozi? Żyd! Z pejsami i w chałacie! I takie paskudztwo trzyma Hannemann na honorowym miejscu w swoim wypieszczonym apartamencie.

Hannemann przeniósł Waltera do prywatnej szkoły, gdy ta, do której uczęszczał (dzisiejsza Topolówka), przyjęła imię Horsta Wessela. Wessel, który zginął w 1930 roku, uważany był przez nazistów za męczennika, a napisana przez niego pieśń "Die Fahne hoch" stała się niemal ich hymnem.

Trzydniowy areszt na gestapo wstrząsnął nim do głębi, ale o szczegółach nigdy Walterowi nie opowiadał. Jeszcze bardziej zamknął się w sobie. Przestał wierzyć nawet tym, którzy patrzyli prosto w oczy

Tak, Żelazny Kanclerz był dla Herr Hannemanna ważną postacią. Wgłębiał się w jego pisma, czytał też zapewne niechętnego rewolucjom konserwatystę Edmunda Burke'a. Po tragicznych doświadczeniach z 1917 roku samo słowo "rewolucja" budziło jego obrzydzenie. Rodzina, religia, własność prywatna - to były ważne pojęcia. Ale nie był przesadnie religijny. Choć był protestantem, ożenił się z katoliczką i wcale mu nie przeszkadzało to, że Anna co niedzielę chodzi na mszę świętą do kościoła przy Ernsthner Strasse (Zator-Przykuckiego) w Langfuhr. Sam niekiedy bywał w zborze przy Johannistal (Matejki). Dzieci oczywiście wychowywano w wierze ojca.
Trzydniowy areszt na gestapo wstrząsnął nim do głębi, ale o szczegółach nigdy Walterowi nie opowiadał. Jeszcze bardziej zamknął się w sobie. Przestał wierzyć nawet tym, którzy patrzyli prosto w oczy.

***

Pierwszego września 1939 roku Waltera obudził grzmot dział pancernika "Schleswig--Holstein".
- Papo, papo, strzelają - pobiegł do ojca. Nie wierzył, poderwała go dopiero druga salwa.
- Mein Gott, co się dzieje? - wyskoczył z łóżka.

Po południu pojechali na Biskupią Górkę, skąd widać było miasto jak na dłoni. Pogoda była piękna. Niebo bez chmurki. Sztukasy, jeden po drugim, nurkowały w kierunku Westerplatte. - Rozbiją się! Wpadną do morza! - denerwował się 13-letni Walter. Na ulicach pojawili się żołnierze Wehrmachtu, wkrótce szpitale zapełniły się rannymi. Niemcy nie spodziewali się oporu polskich żołnierzy na Westerplatte ani pocztowców. - Byli całkiem zaskoczeni - mówi Walter Hannemann. Szpital przy Dębinkach zapełnił się rannymi, a na cmentarzu przy Bramie Oliwskiej chowano poległych.
Starszy brat Waltera Albert Hannemann już od dwóch lat mieszkał w Rzeszy. Nie interesował go handel drewnem, w tajemnicy przed ojcem uczył się latać na lotnisku w Langfuhr na dwupłatowcach. Latanie było jego pasją. W Berlinie zgłosił się do Luftwaffe.

Zginął nad Anglią w 1940 roku. "Bodajby przepadł dzień, w którym się urodziłem" - krzyknął za Hiobem Willy Hannemann. "Czego lękałem się najbardziej, spotkało mnie, przed czym drżałem, przyszło na mnie." 
 
W 1943 r. Walter dorósł do służby wojskowej. W mundurze Wehrmachtu pojechał na front wschodni jako saper. Był trzykrotnie ciężko ranny, ale przeżył. Ostatnie miesiące wojny spędził w szpitalu w Lubece.

Anna Hannemann wyjechała z jedną walizką ostatnim pociągiem do swojej matki na Zachód w styczniu 1945 roku. Jej 15-letnia córka Eva opuściła Gdańsk z pracownikami Czerwonego Krzyża. Natomiast Willy Hannemann ciągle jest w Gdańsku. Nie może sobie załatwić miejsca na statku, pierwszeństwo mają kobiety i dzieci. Możemy go sobie wyobrazić, jak siedzi w pustym mieszkaniu i widzi uciekających w popłochu Niemców.

Słyszy huk armat i przypomina sobie, być może, co zrobili Rosjanie z jego pierwszą żoną i dziećmi w Archangielsku. Znał dobrze rosyjski, może sądził, że wytłumaczy Rosjanom, iż nie popierał Hitlera?

Może było tak jak w powieści Chwina. Sąsiad, pakując walizkę, mówi do żony: "Zobacz, co z Hannemanem. Gdy otworzyła drzwi na piętrze, Hanneman kiwnął tylko głową. Nie było już zbyt wiele czasu". Nie było czasu, a on się nie pakował. Na co czekał? Domy się paliły, kościoły były zniszczone, panował chaos, żołnierze sowieccy gwałcili niemieckie kobiety, ci, którzy zwątpili w Hitlera, wisieli na drzewach wzdłuż Grosse Alee.

Wreszcie 10 kwietnia, o czym rodzina dowiedziała się po latach od byłego pracownika, który widział go na własne oczy, Willy Hannemann dostał się na statek.

Drobnicowiec m/s Moltkefels został zbombardowany na wysokości Helu. Dobił jednak do brzegu, by wysadzić uchodźców i żołnierzy, którzy znajdowali się na pokładzie.
Wśród żywych nie było Willy'ego Hannemanna.

***

Jego syn Walter stoi na plaży w Karwieńskich Błotach i myśli o tym, że ojciec zainteresował się nim dopiero po śmierci brata. Wtedy przelał na niego całą swoją miłość. Myśli o matce, z którą był bardzo związany. Zmarła kilka lat po wojnie na gruźlicę. Wtedy nic już nie trzymało go w Europie. Chciał uciec jak najdalej. Dopłynął do wschodniego wybrzeża Kanady, wsiadł w pociąg i zatrzymał się nad Pacyfikiem. Miasto nazywało się Vancouver.

"Kolejna Wiosna dziury w Życiu
Zaszywa barwnym Ściegiem" - poetka Emily Dickinson ma oczywiście rację.

Walter Hannemann ożenił się w Vancouver z dziewczyną, która miała na imię Alina i pochodziła spod Równego. Nie nauczyła się nigdy dobrze mówić ani po niemiecku, ani po angielsku. Synowie i wnuki Hannemanna są Kanadyjczykami. Mało się interesują historią rodziny i jej europejskimi korzeniami.
Niedawno urodził się Walterowi prawnuk.
- Eden Hannemann - rozpromienia się.



Walter Hannemann przed kamienicą, w której rodzina mieszkała do 1945 r. (© arch. pryw.) 

Walter Hannemann stoi na plaży w Karwi i patrzy w morze. Myśli o wszystkich Hannemannach, którzy żyli tu w ciągu 400 lat. Robi sentymentalny gest. Do woreczka bierze trochę ziemi z Karwieńskich Błot i kupuje olejny obraz przedstawiający tutejszą plażę. Powiesi go w swoim living roomie w Vancouver.
 Zapraszam również do podobnego wątku: Bałtyckie wspomnienia - Karwieńskie Błota
Źródło: polskatimes.pl

29 komentarzy:

  1. Życie pisze ciekawe scenariusze :)
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie. Dlatego trzeba się cieszyć tym co się ma tu i teraz. :)
      Pozdrawiam również. :)

      Usuń
  2. Fantastyczny post, ładne ilustracje, lubię odkrywać takie miejsca i poznawać związane z nimi historie:) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rzeczywiście takie historie są pasjonujące. :)
      Pozdrowienia:)

      Usuń
  3. Odpowiedzi
    1. Może teraz tak, ale jednak kaszubska wieś bardzo różni się od typowej polskiej wioski.

      Usuń
  4. Ot coś ciekawego, lubię takie posty. Zdjęcia też piękne,

    OdpowiedzUsuń
  5. Jestem ciekawa czy po odbudowaniu pałac będzie udostępniony dla turystów, czy zamknięty na cztery spusty i nie będzie do niego dostępu. Widać, że to piękna okolica i warta odwiedzenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przypuszczam,że chyba w tym celu jest odbudowywany, aby służył ludziom i zarabiał na siebie. Choć może być tak jak z Pałacem Branickich w Sterdyni, który jest dostępny tylko dla elit.

      Okolica jest bardzo ciekawa pod każdym względem. Pozdrawiam. :)

      Usuń
    2. W Mieroszynie mieszkam od urodzenia. Nigdy nie slyszalam tej historii tak szczegolowo. Jako dziecko poznalam kobiete, ktora sluzyla w zamku. Z jej opowiesci pamietam tylko opis pogrzebu, ktory odbyl sie w grobowcu na gorce. Miejscowi na ten grobowiec mowia Kapela.

      Usuń
  6. Bardzo ciekawie pokazałaś na zdjęciach tereny pałacowe i wokół. Mam nadzieję, że odbudowany pałac będzie cieszył swoim widokiem. Szkoda, że uległ całkowitej dewastacji. Powikłaną, a i tragiczną historię rodziny przeczytałam z zapartym tchem. Świetny post. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To właśnie tu schowana jest cała tajemnica Kaszub północnych. Serdecznie pozdrawiam i zapraszam ponownie jak w Biedronce. :))))

      Usuń
  7. Szkoda ze tak niewiele zostało z tego domostwa, pozostaje tylko mieć nadzieję, że dojdzie do jego odbudowy. Historia rodziny nadzwyczaj pasjonująca, tacy Buddenbrookowie czekający na swego Manna. Serdecznie pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Historia Olendrów oraz ich wiedzy na temat pozyskiwania bagien i budowania kanałów przyczyniła się zagospodarowania pobrzeża Bałtyku oraz Żuław, które teraz kwitną. ;)

      Usuń
  8. Typowa historia kolejnych zmian ustrojowych, których wiele pięknych miejsc nie "przeżyło", popadając w ruinę. Koszmar! Pozostało w stanie nienaruszonym jedynie mauzoleum. U "nas" tak zawsze.
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet rodzinny grobowiec przez lata nie był otoczony należytą opieką. Zakrzaczone i zarośnięte miejsce, które mogło by być atrakcja turystyczną. Niestety w tamtych czasach królowały PGR - y i niszczyły wszelką spuściznę kulturową.

      Usuń
  9. Odbudowany pałac zapewne będzie piękny ... ale to już nie to ... brakować będzie mu "ducha czasów" - dobrze, że pozostała tak wspaniała historia rodziny ... Za niezadbane mauzoleum co najmniej "żółta kartka" ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co najmniej żółta. Nie potrafię pojąć lokalnych władz, i to nie tylko na Pomorzu ale także w wielu innych miejscach Polski. Najpierw doprowadza się do totalnej a potem niby stara się ja ratować. W Bytomiu w Parku Miechowickim stoi pałac, który rozpada się na oczach wszystkich i nie ma kasy, by pozostawić go jako trwałą ruinę, a na posiedzenia polityków i rajców wydaje się miliony. ? ... :(

      Usuń
    2. Dokładnie - pełna zgoda ...

      Usuń
  10. Bardzo dramtyczna historia rodziny i jednoczesnie bardzo pasjonujaca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Widać przez kilkaset lat zaznawali spokoju, ale taki są losy ludzi, którzy są doświadczani głupotę wojen.

      Usuń
  11. Fotki oddają dzisiejszą rzeczywistość nic się nie zmieniło. Pozdrawiam autora bardzo ciekawy artykuł.

    OdpowiedzUsuń
  12. Dziękuję :) Pozdrawiam również!

    OdpowiedzUsuń
  13. Witam. Pochodze z Kaczyńca, mam gdzieś fotke ZAMKU tak my go nazywamy jak kiedyś wyglądał jeszcze z przed pożaru. Pozdrawam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak wiem, że w Mieroszynie mówi się zamek. Nawet nazwa ulicy na to wskazuje, iz była to bardzo ważna budowla :)
      Jeśli chodzi o zdjęcie, to bardzo był się cieszył i dodałbym je do tego tematu, zapewne ludzie mogli by sobie przypomnieć jak wyglądała wcześniej. Szczególnie młode pokolenia nie pamięta zamku w takiej postaci. Kiedyś rozmawiałem z miła dziewczyna z Mieroszyna, której babcia pracowała we dworze. I opowiadał bardzo ciekawe historie. Szkoda, że tego nie nagrałem.
      Ps. podaje adres, na który można zeskanowane zdjecie przesłać. Zatem bardzo proszę o
      przesłanie na adres: kris.beskidzki@o2.pl
      Pozdrawiam serdecznie :)

      Usuń
  14. Witam.
    Gdzieś w połowie lat 80 byłem na koloniach "na zamku". Bardzo miło wspominam to miejsce, choć wtedy było to na końcu świata...I pamiętam, że odbywały się tam turnieje rycerskie. Zdjęć niestety nie mam :(
    Przejeżdżałem tamtędy kilka miesięcy temu i trudno mi było uwierzyć, że to to samo miejsce...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkoda, że żadne zdjęcia nie pozostały :)

      Usuń

Bardzo miło mi, że gościłeś na moim blogu.!
Za pozostawiony komentarz z góry dziękuję i postaram się jak najszybciej odpowiedzieć. Komentarze anonimowe będą moderowane tylko pod warunkiem, że będą opatrzone imieniem lub pseudonimem (nickiem).
Serdecznie pozdrawiam !!!