czwartek, 12 lutego 2026

Primošten - Szept fal pod wieczornym niebem

 Trudno opisać słowami uczucia, gdy fala unosi się wysoko, jakby chciała dotknąć ostatnich promieni słońca, które miękko opadają na skały u wybrzeża Primoštenu. Powietrze pachnie solą i winem, a ciepły wieczorny wiatr niesie ze sobą coś jeszcze — delikatne drżenie, które pojawia się tylko wtedy, gdy świat staje się bardziej zmysłowy niż zwykle.





Woda rozpryskuje się w złotych iskrach, jakby morze chciało musnąć skórę światłem. Każda kropla jest jak dotyk, krótki i ulotny, ale pozostawiający ślad. A nad tym wszystkim miasteczko trwa w swojej cichej magii: kamienne domy ogrzane słońcem, wąskie uliczki, które pamiętają kroki zakochanych, i latarnie, które tworzą nastrój do miłości. Szcególnie urocze są wieczory pełne kawiarnianego gwaru.

























W tej chwili Primošten oddycha razem z falami. I choć to tylko moment — jedno uderzenie wody, jeden błysk światła — ma w sobie coś, co zostaje pod skórą. Jak spojrzenie, które trwa odrobinę dłużej, niż powinno. Jak szept, który nie potrzebuje słów, by zostać zapamiętanym.


sobota, 7 lutego 2026

,,Bytom - miasto autentyczne bez filtrów, bez makijażu, z duszą”

Bytom ma w sobie coś, czego nie da się podrobić. Często słychać, że jest to miasto najbrzydsze w Polsce. Czy to prawda? Zdecydowanie nie! To miasto, które potrafi jednocześnie wzruszyć, rozbawić i zirytować — czasem w ciągu jednego spaceru. A jednak, mimo wszystkich swoich pęknięć, odpadających tynków i niekończących się remontów, Bytom ma duszę. 










I ta dusza czasem objawia się w najmniej spodziewany sposób. Na przykład… na ścianie kamienicy. Chociażby mural Bytomskiej Smerfetki, który pojawił się na wyremontowanych budynkach przy ul. Piłsudskiego, to nie jest zwykły obrazek na ścianie. To symbol. To ukłon w stronę kobiety, którą znało pół miasta — choć nie wszyscy znali jej imię. Grażyna Wołowiec, barwna postać lokalnego folkloru, była jedną z tych osób, które po prostu są. Jak stary tramwaj typu N na Piekarskiej. 



I nagle jej zabrakło. A Bytom, choć twardy, poczuł tę pustkę. Dlatego ten mural jest czymś więcej niż farbą na tynku. To gest wdzięczności. To przypomnienie, że miasto tworzą ludzie — nie tylko ci z pomników, ale też ci zwyczajni, codzienni, trochę szaleni, trochę nieprzewidywalni. Ci, którzy nadają ulicom charakter.















A Bytom? Bytom jak zwykle idzie swoim tempem. Trochę krzywym, trochę niezdarnym, ale za to szczerym. I może właśnie dlatego tak łatwo go polubić.

wtorek, 3 lutego 2026

Miechowice Szyb Zachodni, który milczy

Felieton o Zachodnim, ostatnim strażniku dawnej kopalni. 

Są w Miechowicach miejsca, które nie potrzebują tabliczek, by mówić. Wystarczy stanąć obok nich na chwilę, a człowiek od razu wie, że stoi przy czymś ważnym. Tak jest z Szybem Zachodnim — samotnym, ceglastym świadkiem epoki, która odeszła szybciej, niż ktokolwiek zdążył się z nią pożegnać.




Dziś wygląda jak opuszczona stacja kolejowa na końcu świata. Drzewa podchodzą pod same mury, wiatr hula po pustych oknach, a cegła — ta sama, która sto lat temu błyszczała dumą pruskiego przemysłu — kruszeje powoli, jakby wstydziła się swojej własnej trwałości. A przecież kiedyś to miejsce tętniło życiem. Tu zaczynały się zmiany, tu kończyły się szychty, tu górnicy łapali oddech, zanim zjechali w dół, tam gdzie światło nie docierało.





Szyb Zachodni powstał w czasach, gdy Miechowice były młode, ambitne i pełne wiary w przyszłość. Gdy kopalnia Preussengrube rosła jak na drożdżach, a każdy nowy budynek był obietnicą dobrobytu. Zachodni miał być jednym z tych „cichych bohaterów” — nie błyszczał jak główne szyby, nie woził węgla na powierzchnię, ale bez niego kopalnia nie mogłaby oddychać. Dosłownie. To on przewietrzał podziemia, to on dbał o bezpieczeństwo, to on trzymał w ryzach żywioł, który potrafił być kapryśny.



Rok 1954 - na zdjęciu grupa uczniów przyzakładowej szkoły górniczej KWK Miechowice, a w tle wieża szybu Zachodniego

A potem przyszły lata 70. i ktoś w gabinecie postawił kreskę. „Likwidacja”. Jedno słowo, które potrafi zamknąć całe pokolenia wspomnień. Szyb zasypano, urządzenia wyciągowe ucichły, a budynki zostawiono samym sobie. Jakby nikt nie miał odwagi ich zburzyć, ale też nikt nie miał serca o nie zadbać.

Budynek byłej cechowni i maszyny wyciągowej


Budynek nadszybia

Dziś Zachodni stoi jak wyrzut sumienia. Jak pytanie, na które nikt nie chce odpowiedzieć: co robimy z naszym dziedzictwem? Bo przecież to nie jest tylko kupa cegieł. To jest opowieść o ludziach, którzy budowali Miechowice. O górnikach, którzy schodzili pod ziemię, o rodzinach, które czekały na nich przy kuchennych stołach, o całej dzielnicy, która rosła wokół kopalnianych kominów.



Kiedy przechodzę obok Zachodniego, mam wrażenie, że on wciąż czeka. Nie na rewitalizację, nie na inwestora, nie na wielkie plany. On czeka na pamięć. Na to, żeby ktoś powiedział: „Byłeś ważny”. Bo był. I może właśnie w tym tkwi jego siła — w tej cichej, nieśpiesznej obecności. W tym, że nie krzyczy, nie domaga się uwagi, tylko trwa. Jak strażnik, który nie opuści posterunku, choć dawno już nie ma kogo pilnować.

Może kiedyś znów stanie się miejscem spotkań, spacerów, opowieści. A może pozostanie ruiną, która pięknieje tylko w oczach tych, którzy wiedzą, co tu kiedyś było. Tak czy inaczej — Szyb Zachodni już zapisał się w historii. Teraz pytanie brzmi: Czy stanie się ruiną, czy powróci dawnej świetności ......

Polecam inny post na temat Szybu Zachodniego: Bytom - Szyb Zachodni KWK Miechowice

czwartek, 27 listopada 2025

Bytom - willa ul. Wrocławska 6/6a

 Budowla widoczna na zdjęciu  zlokalizowana jest przy ulicy Wrocławskiej 6 w Bytomiu tuż obok byłego cmentarza ewangelickiego, a dzisiejszego parku, który służ głownie jako spacerniak dla psów. ,,Willa  w ogrodzie" została zbudowana w stylu modernistycznym i oddana do użytku w 1914 r. 


Willa Danielsena wieczorową porą 

Zgodnie z założeniem budynek ów został wybudowany na początku XX w.  na potrzeby rodziny Danielsena, który był znanym lekarzem. I ponoć w tym samym budynku mieściła się jego prywatna klinika chirurgiczna. Po II wojnie światowej budynek przestał być własnością prywatną i działały różne instytucje.  Budynek obecnie podzielony jest na dwie niezależne funkcjonujące części. Od strony południowej był tu klasztor Córek Bożej Miłości.  Natomiast część północna jest po częściowym remoncie i od kilku czeka na nowego najemcę lub gospodarza. 

sobota, 15 listopada 2025

Piekaroki – wspomnienie chleba, co pachniał domem

 Od XIX stulecia wolnostojące piece chlebowe były nieodzowne do życia, dzisiaj niestety są odchodzącym  elementem i niemymi świadkami bytności śląskich rodzin. Piece chlebowe zaś były integralną częścią większych lub mniejszych skupisk ludzi w śląskim krajobrazie - osiedli mieszkaniowych i kolonii robotniczych na Górnym Śląsku, ale także wsi i osad leśnych.  Piece takie  -  zwane „piekarniokami”, lub ,,piekarokami" służyły  mieszkańcom do wypieku chleba i ciast aż do końca II wojny światowej. W latach 50-tych w ze względu na zmiany polityczne i gospodarcze, zaczęły się tracić ze śląskiego krajobrazu, pozbawione opieki i ochrony. Łatwiej i wygodniej można było kupić chleb w sklepie z giganta lub prywatnej piekarni. 


Piec chlebowy w Bruśku 

Niektórzy powiadają, że te stare piekaroki, przypominające chlywiki trzeba wyburzyć i najlepiej zapomnieć, że istniał inny świat. Obecnie chleb można kupić z   autoklawu w markecie jeszcze ciepły, ale pozbawiony serca i klimatu, jaki wkładał w przygotowanie i upieczenie chleba piekarz. Poza tym piekarok gromadził ludzi jak ognisko. 



Budynek Leśniczówki wraz z zabudowaniami mieszkalnymi i gospodarczymi zbudowano w XIX wieku przez Donnersmarcków dla pracowników wykonujących prace na potrzeby gospodarki leśnej. Dla ich potrzeb obok leśniczówki wybudowano z cegły piec chlebowy.

Piekarok był miejscem, gdzie pachniało wspólnotą. To tutaj zaczynał się dzień, tutaj rodziła się rozmowa, tutaj chleb łączył ludzi. Bez piekaroka trudno byłoby wyobrazić sobie życie śląskiej ulicy lub wsi – tak jak bez kopalni czy familoka. 

Pierwotnie osada leśna zbudowana była z kilku  domów na potrzeby robotników leśnych oraz zabudowania gospodarcze.  

Kiedy piekarz wyciągał z pieca pierwsze bochny, w piekaroku rozlegał się trzask skórki pękającej od gorąca. Ludzie brali chleb do rąk z nabożnym szacunkiem – bo wiedzieli, że to nie tylko jedzenie, ale symbol życia i dostatku. W domu krojono go ostrożnie i z szacunkiem. 


Obecny budynek leśniczówki , natomiast pieca chlebowego juz nie ma, gdyż został rozebrany i przeniesiono go jako eksponat dla .potomnych do Żyglina.  Po rewitalizacji ustawiono go przy ulicy Śląskiej 44. Stworzyło to nowe możliwości organizacji imprez kulturalnych z jego udziałem, zagwarantowało jego pełną dostępność dla mieszkańców i turystów. 


W piekaroku żar się tli,  

chleb dojrzowo w ciepłej chwili.  

Zapach niesie się po familokach,  

łączy ludzi w śląskich blokach.  


Kromka chleba – dar codzienny,  

wspólny stół, świat tak przyjemny.  

Tu sąsiad z sąsiadem się wita,  

tu życie wspólnotą się splata.  


Chleb na zakwasie, skórka chrupiąco,  

dzieci śmieją się, matki nucą.  

Piekarok – serce dzielnicy całej,  

aby ludzie razem siły miały.  


Bo na Śląsku każdy wie,  

że chleb jednoczy – w nim jest siła. 

Nie ma biedy, nie ma troski,  

gdy kromka dzielono – świat był swojski.  

Ten wiersz pokazuje, że piekarok był sercem wspólnoty, a chleb – symbolem jedności i codziennego życia oraz gościnności. 


Piekarok rudzki przy ul. Bujoczka w czasie renowacji w 2013 r. 


Archiwalne zdjęcie - Piekarok w Rudzie ul. Bujoczka [zdjęcie z tablicy informacyjne]

Piekaroki  mają swoją historię i były nieodzownym elementem wielu śląskich miast i wsi. Jeden z nich, pochodzący z początku XX w wieku, znajdują się w Rudzie Śląskiej. Na szczęście został odrestaurowany i przywrócono go do  pierwotnej funkcji. W tej chwili pełni rolę ważnego obiektu promującego i upowszechniającego śląskie dziedzictwo materialne i niematerialne, atrakcji turystycznej oraz miejsca organizacji różnorodnych miejskich wydarzeń kulturalnych



Piekarok - Ewald Gawlik [zdjęcie pochodzi ze strony www.giszowiec.info]

Tożsamość Śląska i Ślązaków uwidaczniała się również  w traktowaniu tychże  piekaroków i to  nie tylko jako  miejsca konkretnej pracy, ale także okazji do spotkań towarzyskich mieszkańców, zwłaszcza kobiet, które gromadząc się przy nich, wymieniały się między sobą rozmaitymi informacjami, klachały (plotkowały), dzieliły się swoimi radościami i smutkami, a zaś przy nich następowało celebrowanie codzienności. Atmosferę „piekarokowego” mikrokosmosu uwiecznił na obrazie górnośląski malarz Ewald Gawlik, członek znanej Grupy Janowskiej (zrzeszającej artystów nieprofesjonalistów)  działającej  przy  kopalni  „Wieczorek”  w Janowie. Piece chlebowe były elementem składowym  lokalnych społeczności robotniczych i stanowiły „kulturowe centra” funkcjonujące dzięki bezpośrednim kontaktom ludzi. 


Polecam także: Śląski Piekarok oraz Leśniczówka Szyndros

środa, 1 października 2025

Neptun z Helu – echo wspomnień

 Przez kilka lat posąg Neptuna zdobił Bulwar Nadmorski na Helu. Był niewątpliwie atrakcją turystyczną  i stanowił nowy symbol dla Helu. Uroczyste odsłonięcie Neptuna na helskim bulwarze odbyło się w maju 2020 roku i od tamtej pory było magnesem przyciągającym turystów i letników, a to tym bardziej, że Neptun był blisko fokarium i było wielu chętnych do zobaczenia dzieła. 


Stojąca wcześniej w Helu rzeźba Neptuna jest kopią XVI-wiecznego posągu znajdującego się w Bolonii we Włoszech. To pierwsza na świecie wersja, która została wyrzeźbiona w kamieniu. Autorem projektu „Neptune of Bologna – The Centurion Project” jest Arkadiusz Żółtowski, herbu rodzinnego „Ogończyk”. Pierwowzór helskiego posągu znajduje się w Bolonii, gdzie stanął z inicjatywy kardynała Karola Boromeusza, który chciał w ten sposób uczcić początek rządów nowo wybranego papieża Piusa IV. Rzeźba została wykonana z brązu przez Jean’a de Boulogne di Douai z Flandrii w 1564 r.



Helską, granitową wersję postaci Neptuna z Bolonii - wysoką na 5,5 m (mierząc od podstawy cokołu do szczytu trójzębu), mającą 3,4 m wysokości od stóp do głowy, wyrzeźbiono z jednego bloku granitu Blanco Salinas importowanego z Portugalii. Posąg, który stanął w Helu, wykonany został na wzór i podobieństwo Neptuna z Bolonii, rzeźbiarz Tadeusz Biniewicz wykonywał nadane mu zlecenie przez dwa lata. Neptun vel Posejdon, według mitologii Rzymian i Greków uosabiał sobą wartości siły i wigoru, które w rzeźbie przybrały kształty ciała młodego rzymianina o głowie greckiego mędrca. Trójząb Neptuna z Bolonii, jako symbol mocy i wigoru, stał się inspiracją dla logo samochodów marki Maserati.





Rzeźba Neptuna przez cztery lata stała na bulwarze w Helu, z cokołu patrząc w morze i stając się promocyjną wizytówką miasta oraz miejscem do zdjęć. Najczęściej to kobiety chciały mieć pamiątkę z wyjątkową postacią. Niestety juz go nie zobaczymy, gdyż 23 października 2024 r. Neptun opuścił Hel. Neptun miał stać na bulwarze nadmorskim w Helu przez 10 lat, ale Arck Storm – właściciel posągu – wypowiedział umowę użyczenia rzeźby miastu, zarzucając władzom Helu niedostateczną ochronę dla działa sztuki. Przyczynił sie do tego incydent podczas którego Neptun stracił klejnoty. Otóż w lipcu 2020 roku Neptun stał się ofiarą wandala z Warszawy, który wspiął się na cokół i oderwał bogu mórz przyrodzenie, natomiast potem  podarował je swojej towarzyszce. 

Stojąca do tej pory w Helu rzeźba Neptuna jest kopią XVI-wiecznego posągu znajdującego się w Bolonii we Włoszech. To pierwsza na świecie wersja, która została wyrzeźbiona w kamieniu. 22 października odbyło się pakowanie Neptuna do specjalnie przygotowanej skrzyni, które trwało 8 godzin i następnego dnia Neptun opuścił Hel. 

Właściciel posągu, Arck Storm planuje wykorzystać rzeźbę do promocji swojej sieci hoteli Neptune Majestic w Australii, gdzie Neptun będzie eksponowany w różnych lokalizacjach jako atrakcja przyciągająca gości. Po dotarciu do Australii, posąg miał stanąć na posesji właściciela, gdzie przejdzie konserwację, a następnie będzie wykorzystywany do promocji poszczególnych hoteli.